Zaczęło się tak: składałam projekt filmu „Stachura” do PISF, otrzymał stypendium, mam materiały dotychczas niepublikowane, rozmowy pisarza, które nagrał, z rodzicami na Łazieńcu, jego notatki głosowe (magnetofon) Znałam Ryszarda Stachurę, od niego otrzymałam. W 1985 roku byłam z kamerą (operator Mieczysław Małysz) na Rębkowskiej, sfilmowane niezmienione mieszkanie, 6 lat po śmierci Edwarda. Mam dużo unikalnych materiałów. Agnieszka Odorowicz, kiedy szefowała Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej uważała, że Instytut powinien je ode mnie kupić, po realizacji filmu przeze mnie. Mam nagrania rozmowy z Michele Deguy – przyjacielem Edwarda Stachury. Opowieść o spotkaniu w Polsce, a nagranie z Edwardem – jak on z kolei zapamiętał tę wizytę. Interesujące.
Otrzymałam recenzje „do następnego etapu” w 2016 roku, w której ktoś, nazwijmy go, wytknął mi… literówki w nazwach miast francuskich. Recenzja nie dotyczyła projektu. A więc napisałam do Marcela Łozińskiego, czy możemy sobie to wyjaśnić. Tak, Marcel odpisał, że zaprasza. Przyjechałam. 50 minut rozmowy. w Green Cafe Nero. Przeprosił mnie za te „recenzję” np ale nic poza tym. Wracam sobie samochodem do Łodzi, i smsy od Niego, mam je do dziś, jak skarb mój : że miał przeczucie, że to spotkanie będzie szczególne, i było, żebym wróciła, przemyślała powrót do Warszawy, że…. I już nie dał mi spokoju.
Po pewnym czasie poprosił mnie, żebym została z nim ” w życiu”. Akurat zaprosiłam go do Szkoły Filmowej w Łodzi, w której nie był bardzo długow, a ja tam – codziennie od lat, wtedy finiszowałam studia doktoranckie. Przy fontannie – scena balkonowa. Pełny kicz, słońce i ON. My.
Co może łączyć 54 letnią kobietę i 76 letniego mężczyznę? Zależy od ich przeszłości. Bardzo wiele, i wiele różnić. Marcel zastosował metodę zachwytu nieustajacego plus wiele czułości. Nie ma siły, każda z kobiet uległaby. Zresztą, On był ostatnim bon vivant Warszawy. Miał mnóstwo fanek. Połączył nas szacunek, fascynacja, i świetnie czuliśmy się ze sobą. Poczucie humoru. Poczucie bezpieczeństwa. W końcu przyszła do mnie miłość. Była i jest – niełatwa, trudna ale miłość. Byliśmy bardzo podobni do siebie, oboje rozpieszczeni przez poprzednich partnerów, zawsze w centrum uwagi. Ktoś musiał usunąć sie w związku, ja – nie, on – nie. Ja – mam dworek fanów, on ma dworek – fanek. Ja nie stawiam wysoką poprzeczkę, on rozpieszczony przez partnerki, stał się takim partnerem „wystarczy być” – a mnie nie wystarczało, że jest. Wiele szarpnięć, moich odejść, powrotów.
Tak wytrwaliśmy dziewięć lat. Straszne sceny zazdrości. Z obu stron. Potrzebowałam wiecej przestrzeni. Nie da się tego opisać… w tej chwili – nie jestem w stanie. Dowartościowywaliśmy siebie, kiedyś powiedział, dowartościowałaś mnie przynajmniej na 10 lat 🙂 On mnie. Ale on chciał bezustannej uwagi. Stał mi sie bardzo bliski, i ja jemu. Potrafiliśmy warczeć na siebie, żałować tego, przepraszać.
Jeśli ktoś napisze, powie: tak, taka żałoba… JAKA ŻAŁOBA! to jest stan utraty, w którym skumulowały sie inne odejścia moich bliskich i ON. Moje odniesienie. Dla Niego przeniosłam się do Warszawy. O wielu sprawach nie mogę napisać wprost, bo rodzina. Bo znane nazwiska. Chciałabym to opisać i złożyć np do Biblioteki Narodowej. Wielu zna tylko relacje Marcela, ja mam własną. NIE BYŁAM W STANIE PÓJŚĆ NA POGRZEB. Nie kaprys. Potem na fotografiach widziałam naprzód tragiczne twarze, przemawiających przyjaciół, nie, nie, nie. Fotografie urny – odchorowuje do teraz, do tego pisania. Nie, nie jestem ani szalona, ani „wieczna wdowa”. Wiec wiem, co to znaczy naprawdę kochać. Nie mogę sobie darować przełomu marca i kwietnia. I nie daruję sobie. Nie. Nigdy. Mam nasze zdjecia,”selfie”, w moich telefonach…. tajne. Nasze. Nie, nie blefuje. Brakuje mi Go ,jak serca.